Też tak macie?
Pozornie mam wszystko. Mam męża, dzieci. Mam pracę, o której marzyłam ale nigdy nie sądziłam że mi się uda. I ta praca wysysa mnie teraz jak pustynia wodę (dzięki ci Polski Wale). Mam dom, który nigdy nie będzie chyba tak naprawdę moim domem. Mam charakter paskudny i rozchwiany. Mam skłonność do nałogów ale im nie ulegam, bo przecież nie wypada.
Mam więc wyczystko czego powinna chcieć współczesna kobieta, by czuć się spełniona, a jednocześnie czuję, że nie mam tego czegoś w duszy. Mam tam dziurę, tę część ciemnej strony mocy która pochłonęła Anakina Skywalkera, zaklęcia zakazane w Hogwarcie i laleczkę woodoo z moją podobizną w którą sama wbijam szpilki.
Mam brak miłości do samej siebie, łacinę podwórkową której ostatnio nadużywam. Mój starszy syn odziedziczył ten brak miłości po mnie - myślę, że tak samo jak ja czuje, że jest owocem obowiązku małżeńskiego. Wtedy jeszcze nie umiałam pokochać dziecka, które łaskawie dał mi los i on to czuje. Każdego dnia uczę się go kochać, ale on i tak przejął ode mnie to co wtedy było na wierzchu. On jest tak podobny do mnie, że nawet zewnętrznie odziedziczył wszystkie moje charakterystyczne cechy. Klon mamusi, cokolwiek to znaczy.
Mój młodszy syn ma w sobie całą radość życia, której zabrakło starszemu, moją upartość powieloną po wielokroć, burzę czarnych włosów po ojcu i piwne oczy dziadka. Paradoksalnie jego pokochałam od razu. Może winą był poród? U starszego, powikłany, przerażający - cud, że jest zdrowy, że jest z nami. U młodszego wszystko pod największą możliwą kontrolą.
Nie wiem, czy ktoś to przeczyta. Czy zajrzy tu jakaś dusza z taką samą czarną dziurą jak moja.
Nawet jeśli nie, jutro kolejny dzień walki. Rano, żeby wstać, potem żeby wszystko ogarnąć w pracy. Żeby wrócić do domu. Żeby nie ulec nałogom, bo nie.
Komentarze
Prześlij komentarz